Nowy podatek od kupowania? Od stycznia elektronika pójdzie w górę

Od stycznia czeka nas zmiana, której skutki odczujemy w portfelach – choć formalnie nie będzie to nowy podatek. Opłata reprograficzna, czyli tzw. „podatek od smartfonów”, obejmie urządzenia elektroniczne, a jej wysokość ma wynosić od 1 do 4 procent ceny sprzętu. Ministerstwo Kultury przekonuje, że koszty poniosą producenci, lecz eksperci są zgodni: ostatecznie zapłacą konsumenci.

Opłata, która podatkiem nie jest – tylko na papierze

Resort kultury tłumaczy, że nowa opłata to forma rekompensaty dla twórców za możliwość darmowego odtwarzania utworów na prywatnych urządzeniach. Środki nie trafią więc do budżetu państwa, lecz do artystów. Minister Marta Cienkowska zapewnia, że konsumenci nie odczują zmian, bo „to tylko jeden procent”, jednak prawnicy przypominają, że branża elektroniczna działa na bardzo niskich marżach, więc nawet niewielki koszt zostanie przeniesiony na klientów. Dodatkowo sklepy nie będą wskazywać tej opłaty oddzielnie – znajdziemy ją już w nowej cenie urządzeń.

Różnica zauważalna, nawet jeśli „niewielka”

Teoretycznie kilka procent to drobiazg, w praktyce – konkretne złotówki. Smartfon za 7 499 zł zdrożeje o 75 zł, telewizor o 51 zł, a laptop o 50 zł. Eksperci ostrzegają też przed „efektem domina”: sprzedawcy mogą przy okazji wprowadzić wyższe ceny, tłumacząc się koniecznością dostosowania do przepisów. Ministerstwo spodziewa się, że nowe zasady przyniosą twórcom nawet 200 milionów złotych rocznie. Dla przeciętnego konsumenta ta kwota ma jednak inne znaczenie – to właśnie suma, którą wspólnie zapłacimy za tę „nie-podatkową” opłatę.